Pemdragon

Nad ranem poczułem dziwny chłód na miejscu elfki... Zaraz... Chwilka... Wyskoczyłem z łóżka jak oparzony. Faktycznie był ranek. I faktycznie Arisy nie było u mego boku! Rozejrzałem się szybko po pokoju i... okazało się, że elfka spędziła noc na podłodze obok drugiego łóżka, na którym leżała... Maxis? To nie możliwe.
Podniosłem delikatnie ukochaną i położyłem na swoim miejscu. Jednak gdy kładłem ją, to niechcący psiknąłem i ją obudziłem.
- Wybacz... Nie chciałem.
- Wiem. - uśmiechnęła się czule i ziewnęła.
- Przepraszam, że musiałaś spać na podłodze. Ja
- Nic nie szkodzi. Byłeś zmęczony.- przerwała mi- Powinieneś odpocząć.
- Nie nie... Teraz to ty musisz odpocząć.
- A co z dziewczyną?
- Ja się nią zajmę. Nie martw się.- szepnąłem, pocałowałem ją w czoło i otuliłem kołdrą.
- Jeszcze ciepła...
- Rozgrzać ci ją bardziej?
- Nie nie nie. Zajmij się tą dziewczyną.
- Oczywiście. A ty idziesz niezwłocznie spać.
- Ehem...

Podszedłem do gościa. Jednak miałem rację. Była to Maxis...
Razem byliśmy w piekle. Razem czasami wykonywaliśmy misję. Oczywiście ja wykonywałem tylko te, które musiałem a ona musiała wszystkie. Jednak ona miała lepiej. Wolę znęcanie się fizyczne niż psychiczne. Jednak kilka spędzonych chwil... Było nawet przyjemnie.
Maxis była tak jak Arisa elfką. Była jednak nieco od niej starsza i długowieczna. Zadbał o to Ksawier. Dał jej długowieczność ale nie zmienił jej w wampira. Miała krótsze i bardziej złoto blond włosy niż moja ukochana, brązowe, głębokie oczy, za pomocą których czasami wydawało się, że przeszywa na wylot. Była kobietą o zmysłowej sylwetce. Ubrana była jak zawsze w zmyślnej sukni. Ubóstwiała pióra i kapelusze. Potrafiła tak dobrać strój, że wszystko było świetnie zgraną całością, połączeniem starej mody z odrobiną nowości. Z charakteru jednak nie była tak piękna jak z wyglądu. Była przebiegła i zmyślna. Potrafiła też być wredna i to dość często. Jest gotowa poświęcić niemalże wszystko, żeby osiągnąć swój cel.
Przysiadłem na boku łóżka... Byłem w szoku. Przecież Ksawier by jej nie wypuścił. Nagle ona otworzyła oczy.
- Pendragon? Boże... to na prawdę ty... Znalazłam cię! - uwiesiła mi się na szyi.
- Skąd się tu wzięłaś? - zapytałem odklejając ją.
- Ksawier powiedział... Ach. Jak wykorzystałeś przypływ jego euforii i zwiałeś z zamku... Potrzaskał mnie ze złości a zaś rzucił na kogoś z was zaklęcie ale mu przeszkodziłam i nie wiedział w kogo trafiło.
- We mnie.
- Co! Ale...
- Ale to nie wyjaśnia po co tu jesteś.
- No bo on ... się mną znudził. Potrzaskał mnie i ... porzucił gdzieś w lesie. Cudem udało mi się dotrzeć do tej szkoły. To był czysty przypadek. I zaś ta dziewczyna mnie uratowała. - wskazała na Arisę.
- Miałaś szczęście.
- Wiem. Znowu jesteśmy razem.
- Tak. Może się ubierzesz normalnie?
- A wskażesz mi drogę do stołówki? Jak na razie jestem głodna.
- Zgoda.
Wstałem i ruszyłem w stronę stołówki. Po drodze wspomniałem, że powinna się zapisać do szkoły jeżeli chce tu być. Pożegnałem się z nią na korytarzu. Nie było nikogo. Nagle ona zaczęła...
- Wiesz jak tęskniłam?
Codziennie patrzyłam w lustro i sądziłam, że cię nie zobaczę...
Że to koniec. Ale się udało.
Jestem znów przy tobie... Już cię nie opuszczę. - powiedziała i cmoknęła mnie... Uchyliła kapelusz i poszła na stołówkę.


-Ale... - usłyszałem za sobą ciche jęknięcie. Była to Arisa.
- To nie tak.
- A jak? - zapytała a po jej policzku popłynęła łza.
- Bo... To tylko ona...
- Nic nie mów...
- Ale... Daj mi wyjaśnić.
- Nie musisz. Wszystko już słyszałam. Byłam chwilowo... na zastępstwo... a teraz wolisz ją. Rozumiem.
- To nie tak!- podbiegłem do niej - Pozwól wyjaśnić.
- Co tu wyjaśniać, hę?
- Chodź. - chwyciłem ją za dłoń i zaprowadziłem do pokoju. Cały czas szlochała... Gdy doszliśmy na miejsce zamknąłem magicznie drzwi tak, żeby nikt nie mógł wejść ale każdy mógł wyjść. Zabezpieczyłem też pokój od strony dźwiękowej. W środku słyszeliśmy wszystko z zewnątrz, tak jak zawsze ale nikt nie słyszał co działo się w środku. Zasłoniłem okna i stanąłem naprzeciw Arisy po środku pokoju.
- Więc co mi chcesz powiedzieć? I tak wiem już za dużo.
- Ksawier trzymał nas pod kluczem. Ona wykonywała brudną robotę. Abym mógł się kształcić w walce wysyłał nas na misję. Nie raz ratowaliśmy się nawzajem. Szczególnie ona musiała czasami atakować Ksawiera jak go za bardzo podpuściłem i mnie połamał.
- Czyli?
- Jesteśmy tylko starymi znajomymi.
- Nie wieżę.
- Ach... Ale ja jej nie kocham!
- Kłamiesz! - po tych słowach spuściłem wzrok i usiadłem na łóżku chowając twarz w dłoniach.
- To prawda... Nie będę zły jak mnie zostawisz... Ważne, że będziesz szczęśliwa... - nastała chwila ciszy. -
Ale... Chciał bym... Wiem, że to łudne marzenia.
Chciałbym abyś... Gdy umrę tam... na polu walki.
Żebyś swymi ustami ostatni raz dotknęła mego policzka...
Policzka grzesznika, który dzięki tobie zyskał namiastkę życia w raju...
Bo ty...
Ciepłym oddechem unosisz mnie lekko
Pod sufit...
Sprawiasz, że tylko na twój widok skamieniałe serce strząsa swą osłonę,
rozwija skrzydła... że płonie miłością.
Spraw bym kiedyś jeszcze...
Mostem z tęczy przeszedł
ponad jasnością grających świateł
Ścieżką pulsującej ciszy wrócił
w rozkoszną dolinę twoich ramion
Ponad szczyty drzew
uniósł mnie twój szept
płynął jak złoty obłok
zatopiony w cieple błękitu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz