Pendragon

Biegłem cały dzień. Moonlight leciał nade mną wypatrując sobie coś na przekąskę. Chyba królika czy coś. Po kilku godzinach naszym oczom ukazał się cel. Na skale stała przewodniczka orlic. Była wielkości konia, pokryta szarymi piórami, idealnie przystosowana do walki. Na dodatek, każdy osobnik z jej stada znał się na specyficznej odmianie magii. Na mój widok wyraźnie się ucieszyła. Zawsze gdy widziała mnie, wiedziała, że Mooni jest blisko.
- Pendragon! Co za niespodzianka! Jesteś sam?- zapytała, podchodząc.
- Witaj. A jak myślisz?
- Wybacz. Nie widzę nigdzie Moonlighta. A więc, co was sprowadza w te strony? - wtedy gryf wylądował tuż za mną.
- Chcesz spłacić stary dług?- zapytałem ostrożnie, jednak nie owijając w bawełnę. Te ptaki szybko się denerwowały.
- Hmm... Zgoda. O co chodzi?- zapytała podstępnym głosem.
- Pomóż mi z kimś walczyć.
- Z kim??- zapytała zaskoczona.
- Powiedzmy, że z tym, z kim mam od downa na pieńku.
- Aaa... - zamyśliła się- Nie ma mowy.
- Co?- wyskoczył Mooni
- Nie będę narażać stada.
- Mówiłem ci chłopie, że się spietrają. Wracajmy. - zagadnął do mnie gryf. Samica się oburzyła.
- Że co proszę? Pietramy?! Chyba kpisz!- krzyknęła- Zgoda! I przy okazji udowodnię ci, że się mylisz.
- No to chodźmy! - Mooni zaczął ją podpuszczać.
- Dobra. Skończcie. Mooni wracamy. - ruszyłem w kierunku drogi powrotnej.

Szliśmy szybkim marszem. Gryf zrezygnował z lotu. Nie widziałem go nigdy tak wkurzonego. Szedł nerwowo kręcąc dziobem. Jak dla mnie wyglądał śmiesznie. Nagle wycedził:
- Mówiłem, że się nie uda. One są za...- przerwał bo drogę zakryły przemieszczające się cienie. Jednak się udało. Nad nami leciało całe stado orłów.
- Mooni jesteś genialny!
- Że jak? Ale...
- Wybitne! Zaiste świetne! Wiedziałem, że dasz sobie radę. - poklepałem go w bok. - Masz talent aktorski.
- Że jak?! Ty je chciałeś podpuścić?!
- No a jak inaczej? Spłacą swój dług i nam pomogą. Musiałem mieć impuls mobilizujący, czyli ciebie. Nie idzie się na tobie zawieść. - posłałem mu szeroki uśmiech.
- Nie chwal dnia przed zachodem słońca.
- Aj tam. Od kiedy jesteś pesymistą?
- Jestem realistą. - zamyślił się na chwilę- Jednak tobie optymizmu nie brakuje.
- No tak... Z resztą ptaszki nam uciekają. Kto ostatni nad jeziorem ten...
- Cienias! - przerwał mi i wzbił się w powietrze.
Zaczęliśmy wyścig powrotny. Byłem ciekawy jak chłopaki poradzili sobie z tym "czymś". Trzeba przyznać, że nigdy nie mogłem zapamiętać imienia tego stwora. Z resztą, ostatnio dużo się działo. Dużo trzeba było ogarnąć. Postanowiłem się skupić na wyścigu. Wyminąłem wszystkich i jak najszybciej mogłem pędziłem w stronę jeziora. Przewodniczka stada zrównała ze mną swój lot. Zniżyła go tak, że niemalże dotykała czubków drzew. Po jakichś dziewięćdziesięciu minutach byliśmy na skraju lasu. Już miałem się wybić i skoczyć na taflę jeziora, gdy orlica wzbiła się niespodziewanie w górę. Gdy wyszedłem z zarośli zrozumiałem dlaczego. Na skraju jeziora spacerowała Arisa, a Kari i jedna z jej towarzyszek chciały sobie z niej zrobić obiad.
Pod wpływem silnego impulsu w mojej piersi rozpędziłem się i zacząłem sunąć po jeziorze. Woda podczas zetknięcia się z moimi stopami zamrażała się tworząc jakby "ścieżkę". W ostatniej chwili porwałem elfkę w ramiona. Orlice ledwo zatrzymały się przed powierzchnią ziemi.
- Co ty robisz?! Jak mam walczyć to się najpierw najem, co nie? - zapytała oburzona.
- Ale nie ludźmi! Macie nam pomóc, a nie nas pozabijać!- wrzasnąłem. Nigdy się tak nie uniosłem. Czułem na twarzy rumieńce.
- Och... Wybacz. To my się jeszcze polecimy najeść a pod wieczór wrócimy. - powiedziała i odleciała wraz z nadlatującym stadem w kierunku lasu letniego. Zdążyłem posłać jedną myśl do Mooniego, który leciał tuż za nimi: " Miej je na oku. Nie zwalniaj!" . Gryf usłuchał. Teraz zwróciłem się do elfki:
- Wybacz to zajście. Ciężko się z nimi dogadać.
- Co... to... było...- zapytała zszokowana.
- Nasze wsparcie powietrzne. - powiedziałem obejmując ją. Wyrwała się.
- One mnie chciały zjeść! - krzyknęła oburzona.
- Przepraszam. Postaram się już o tego nigdy nie dopuścić. Postaram się aby nikt cię nie skrzywdził. - nadal byłem zaczerwieniony po wybuchu gniewu na orlice.
- Gdzie byłeś?- zapytała po chwili. Chyba ochłonęła.
- U nich.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś?
- Nie chciałem cię budzić. Tak słodko spałaś...- szepnąłem spuszczając wzrok- Przepraszam... Gniewasz się?- zapytałem ostrożnie.
- I to jak! - krzyknęła- Mogłeś mi powiedzieć! Powinieneś! - urwała, po chwili dodała cichym głosem- martwiłam się... Wiesz ile się działo?
- Nie za bardzo, ale to za chwilę. - powiedziałem i pocałowałem ją namiętnie. Teraz się nie wyrwała. Gdy skończyłem, dodałem- Mam nadzieję, że mi kiedyś wybaczysz....- szepnąłem.
- Pomyślę, ale jak ktoś powiedział "cudów nie obiecuję". - powiedziała cytując mnie. Zachichotałem.
- Jesteś niemożliwa. Obiecuję, że ci to wynagrodzę. A teraz powiedz co się stało.
- Hige przyprowadził... I oni... I go pokonali... Ale... On ci to lepiej wyjaśni.
- Jest cały?- zapytałem.
- Tak. Znaczy, jest już niby cały ale go nie ma. Wyskoczył przez okno a oni za nim.
- Oni? Ilu ich było?
- Trzech. Świetnie walczą. Nie są zbytnio ugodowi.
- Heh. Nikt nie jest w ostatnich czasach. - powiedziałem łapiąc ją za dłoń i prowadząc w kierunku szkoły. Po chwili zabrała ją i okryła się ramionami. Zdjąłem płaszcz i ubrałem ją w niego.
- Lepiej?
- O wiele. Dzięki.
Gdy byliśmy już przed szkołą powiedziałem:
- Idę pogadać z nauczycielami i wrócę.
- Oczywiście.- szepnęła ale w jej oczy mówiły coś innego. tuż przed wejściem do szkoły zauważyłem, że do Arisy podeszła Minden. Miałem więc troszkę więcej czasu.
Poszedłem do nauczycieli. Ku mojemu zdziwieniu byli wszyscy oprócz rzecz jasna historyka. Mierzyli mnie wzrokiem dopóki nie odezwała się profesor Lansa:
- Coś się stało?- zapytała ze zdziwieniem.
- Nie, nic się nie stało. Przyszedłem przekazać, że mamy wsparcie powietrzne.
- Słucham? - zapytał profesor Lynks.
- Proszę wyjrzeć za okno profesorze. - odpowiedziałem. Profesor wstał z krzesła i spojrzał za okno.
- Niemożliwe... To zmienia postać rzeczy! I dużo uprości sprawę.
- No to ja już pójdę. - powiedziałem i wyszedłem z sali. Stałem przez chwilę przed drzwiami i słuchałem jak nauczyciele zmieniają plany. Czyli jednak jakiś plan mieli.
Wróciłem do Arisy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz